Archiwa tagu: turecki

Wojna domowa

Zaczynam uczyć się tureckiego. A mój Chłop właśnie przyznał się, że od jakiegoś czasu uczy się greki nowożytnej, bo zaczarowały go pieśni skomponowane przez Mikisa Theodorakisa. Nic tylko jechać razem na wakacje na Cypr i zobaczyć, co z tego wyniknie. Najwyżej ja poudaję Greka, a W. będzie siedział jak na tureckim kazaniu 😉

Reklamy

Przesilenie zimowe

Co robi poliglota, gdy dedlajnów na horyzoncie brak, a tu człowieka dopada adrenalina wyzwolona chyba dla przetrwania mrozów, które chwilowo nie chcą nadejść?  Otóż słucha on swojego organizmu, a właściwie jakichś dziwnych podszeptów, płynących nie wiadomo, z których części umysłu.  Szkoda tylko, że podszepty zapomniały podpowiedzieć, że blog długo leżał odłogiem. Zamiast tego zawlokły swoją ofiarę – przy okazji niedawnej wypłaty (tak! sądy kiedyś w końcu płacą za tłumaczenia) – do księgarni, gdzie najniezbędniejszym zakupem był słownik medyczny polsko – norweski i norwesko polski.   Potem w środku nocy głosy kazały mi sprawdzić, czy ten słownik rzeczywiście jest taki dobry, bo hasła sprawdzane w empiku były takie trywialne i o niczym nie świadczą. Do głowy przyszło mi hasło „zaśniad groniasty”, które nie jest szczególnie popularne (przy okazji popytam lekarzy, czy je znają). No i proszę: po norwesku to po prostu blæremola. I jeszcze podali całkiem zgrabną definicję tej makabry. Zamiast przejąć się, że takie hasła przychodzą mi do głowy, poszłam spać spokojna i zadowolona, że mam dobry słownik. Oczywiście, książkokoholik nie może poprzestać na jednym zakupie. W dziale językowym empiku  jest tyle ciekawych rzeczy. Na szczęście rozmówki polsko – tajskie były za cienkie i miały za drobny druk (a podręcznik rozgrzebany leży w kącie od kilku lat).  Ale książeczka do nauki tureckiego krzyczała: „Kup mnie! ” No to co miałam zrobić? Szanujący się orientalista bez znajomości tureckiego? To już sto lat temu nie uchodziło. Na studiach miałam fantastyczne zajęcia z perskiego (tłumaczyliśmy na perski nawet legendę o Smoku Wawelskim i dowcipy).  A na turecki nie zajrzałam nigdy.  Dlaczego? Przecież nieodżałowany Ciopek (profesor Jan Ciopinski http://www2.filg.uj.edu.pl/ifo/turkologia/Teksty/JC_wspomnienie.pdf ) tak ładnie zachęcał przy każdej okazji do nauki tego języka. No cóż, błędy młodości.  Niektóre błędy można jednak poprawić.  A turecki jest bardzo ciekawym językiem.  Tylko ta tajemnicza aglutynacja… Podobno to nic strasznego. Polska fleksja ponoć jest gorsza dla uczących się polskiego Turków (i nie tylko).  A aglutynacja polega na tym, że cząstki dołączane do  – za przeproszeniem – morfemu rdzennego mają jedną funkcję (np. wskazują liczbę). Przy fleksji jest ich więcej. Przykład: domów . W polskim końcówka –ów koduje równocześnie liczbę mnogą i dopełniacz. w tureckim ev = dom,  evler = domy (ler – liczba mnoga), evlerin = domów  (in – dopełniacz).  Jak mówił prof. Ciopiński, w tureckim słowa składa się jak szaszłyczki. Proste. No to jedziemy!

 

P.S. A może ktoś poda bardzo rzadki przykład aglutynacji w języku polskim?