Archiwa tagu: arabski

Znaki, wróżby…

Co się dzieje, kiedy człowiek wymęczony niechcianym zleceniem dla wymiaru sprawiedliwości (tłumaczenie różnych dziwnych rzeczy tym razem na arabski) wreszcie chce trochę odpocząć psychicznie? Ano, nogi same niosą nieco odklejonego od realu człowieka do osiedlowej biblioteki. Wiadomo, kilka tysięcy książek w domu to za mało, trzeba nałogowo wypożyczać wciąż nowe. Z wiekiem ten nałóg się nasila, zapewne z powodu niedosytu.
Lekko zmącony wzrok pada na oddane przed chwilą tomiszcza, które nie zdążyły wrócić na półkę: lwowska trylogia Krajewskiego. O rany! Tej środkowej części przecież nie czytałam, trzeba brać.
Zadowolona z tego, że troszkę sobie odpłynę, sięgam w domu po „Liczby Charona” i czytam… No tak, akcja zaczyna się w Norwegii. Mogłam się tego spodziewać. Pojawia się nawet matematyk z Wrocławia, który nauczył się norweskiego. Sygnały aż nadto czytelne 🙂 To między innymi zapowiedź korków z matmy, które będę dawać we Wrocku pewnie bliżej wiosny, jak się do mnie zgłoszą spałowani na półrocze uczniowie. Tymczasem trzeba pilnie wracać do norweskiego, bo zrobiłam już za długą przerwę, o czym właśnie przypomniały mi nowe znaki. Kolejne podejście zacznę od innej strony, tym razem spróbuję przetłumaczyć przynajmniej kawałek piosenki. Akurat chodzi za mną taka jedna smutna, w sam raz na noc z początku listopada.

Wiem, że to bezczelność, tak brać się za tłumaczenie zaledwie po paru dniach nauki… Najwyżej ktoś wyśmieje moje błędy. A ja się przy okazji czegoś nauczę, jak będę je poprawiać. Każdy sposób jest dobry, zwłaszcza gdy człowiek uczy się z doskoku i nie ma szans na systematyczną pracę.
No to jedziemy. Najpierw tekst oryginalny:

Så lenge jeg lever
Skal du også leve
Inni mitt hjerte
Inni mitt sinn
Så lenge jeg minnes
Skal du også finnes
Hos meg med alt det som gjorde
at jeg kalte deg
min

Hvordan skal jeg komme over dette fjell av sorg
Som nå stenger veien min
Hvordan skal jeg klare å komme videre
Når mitt indre ligger i ruin
Ingenting har vært så vondt som det å miste deg
Bare en ting står helt klart for meg

Så lenge jeg lever..

Hvem kan ro meg over dette har av savn
Som forsvinner i en horisont
Finnes det et land med mening framme der et sted
Hvor alt ikke bare føles vondt
Nå som du er borte føles allting meningsløst
Bare en ting gir meg trøst

Så lenge jeg lever..

Mam nadzieję, że dobrze przepisałam (z tekstu, bo ze słuchu nie miałabym najmniejszych szans – za bardzo wymowa różni się od tego, co wiem o pisowni norweskiej). Melodia wpada w ucho, już ją znam. Teraz tylko zrozumieć i zapamiętać tekst. I chwalić się, że po norwesku też śpiewam.
Jeśli uda mi się to dobrze przetłumaczyć, będzie to oznaczało, że rozumiem tekst. Nie wszyscy wiedzą, że w drugą stronę to nie zawsze działa. Można przecież świetnie znać obcy język – nawet w nim myśleć – ale nie umieć tłumaczyć, bo to są zupełnie różne umiejętności.

Så lenge jeg lever
Skal du også leve
Inni mitt hjerte
Inni mitt sinn

Dopóki żyję
Ty też będziesz żyć
W moim sercu
W moich myślach

Na razie jest łatwo, bo mam skojarzenia przynajmniej z czterech podobnych i podobnie zbudowanych języków. Obym się gdzies po drodze nie nacięła na false friends!

Så lenge jeg minnes
Skal du også finnes
Hos meg med alt det som gjorde
at jeg kalte deg
min

Dopóki pamiętam
Ty też bedziesz trwać
Ze mną we wszystkim, co robiłem,
Gdy byłaś moja.

Nie jestem pewna ostatniej frazy, a dalej będzie jezcze trudniej. Idę spać – może reszta mi się przyśni. Dokończę później.
W koncu to tylko brudnopis…

Reklamy

Jak to się zaczyna.

Dzisiaj zacznę od cytatu:

„Miałam nianię Niemkę. Nazywała się Gertruda Nietsche. Była drobna i ruchliwa jak gryzoń, nosiła mocne okulary, w których po kilkakroć odbijały się wszystkie źródła światła, od żarówek po słońce. Po polsku znała tylko kilka słów i głównie używała ich w rozmowach z moją mamą do mnie mówiła tak, jak myślała, czyli po niemiecku. Pamiętam dobrze jej twarz, jej czule-szorstkie ruchy, dotyk jej swetrów, kakaowy zapach. Ale nie pamiętam jej słów. Nie miałam jeszcze wtedy żadnego języka na podorędziu, byłam dziewicza w języku, nie potrzebowałam żadnych słów: ani polskich, ani niemieckich, ani jakichkolwiek. Ona miała swój język, który wszystkim naokoło wydawał się obcy, a nawet nienawistny (w końcu było dopiero dwadzieścia lat po wojnie). Mówiła tym językiem do mnie, śpiewała i karciła. Wkładała mnie w drewniany wózek i jechała przez groble na stawach do swoich krewnych, jedynych autochtonów, Kampów, i tam, w ich pełnym ozdóbek domu, brałyśmy razem udział w nie kończących się rozmowach. Ja oczywiście w milczeniu. Podczas tych rozmów siedziałam na zasłanym kapą łóżku, podparta poduszkami, a Gertruda przy stole z Kampową dzyń, dzyń filiżankami. Potem brała mnie na ręce i musiałam na pewno odbijać się w szkłach jej okularów. Ale tego nie pamiętam – nie było mnie jeszcze we własnych odbiciach, nie istniałam jeszcze dla luster.

Z powodu Gertrudy wciąż mam nadzieję, że znam niemiecki, że leży we mnie ukryty, przysypany kurzem wszelkich moich rozmów po polsku, stertami książek, które przeczytałam, elementarzem z Alą i Asem, a nawet jeżeli niecały język, to przynajmniej wiele najważniejszych słów, wystarczająco wiele, by dać sobie radę. Czekam na taki moment, kiedy ten język ujawni się we mnie, bez pomocy podręczników i nudnych lekcji. Nagle, ni stąd, ni zowąd, zacznę rozumieć i może nawet, choć z trudnością bo ani wargi, ani język nie nawykły do układania się inaczej, zacznę mówić. I jestem pewna, że rozumiałabym niemiecki, gdyby ktoś -jak Gertruda – pochylał się nade mną, pieścił mnie i karmił. Gdyby przez okno pokazywał mi park i zadawał te niemądre pytania, jakie dorośli zadają dzieciom: „A co to? Kto to idzie? Gdzie mama?” Gdyby z czułością pozwalał mi rękami błądzić po swojej twarzy i odkrywać jej jedyność. Gdyby stawał się ostatnim obrazem widzianym przed zaśnięciem i pierwszym po przebudzeniu.”

Olga Tokarczuk, Dom dzienny, dom nocny.

Tajemnicza sprawa z tymi językami uśpionymi w dzieciństwie. Znajomy Izraelczyk, którego rodzina przyjechała do Erec Israel z Jemenu, opowiedział mi kiedyś swoją historię. W szkole średniej jako drugi język obcy wybrał sobie francuski. Arabskiego wtedy mało kto chciał się uczyć.  A potem zdecydował się na karierę wojskową (a że przebiegła inaczej, niż chciał – z powodu jego pozytywnego stosunku do Arabów – to już inna opowieść). Zaczął stykać się z Arabami i… zauważył, że ich rozumie. Może nie idealnie, ale dużo lepiej niż koledzy, którzy też się nie uczyli arabskiego. Skąd to się wzięło? Rodzice w domu mówili tylko po hebrajsku. Nie tylko ze względów ideologicznych. Sami się dopiero uczyli tego języka na intensywnym kursie i chcieli jak najwięcej ćwiczyć, również w domu, bo od tego zależało, czy dostaną lepszą pracę. Gdy urodził im się synek, zostawiali go pod opieką babci. Babcia nie bardzo miała ochotę na naukę hebrajskiego. Do wnuczka mówiła po arabsku. Nie szkodzi, że potem tego nie pamiętał, bo to wszystko wróciło po latach. To dlaczego nie rozumiał idealnie? No cóż, dialekty jemeńskie i palestyńskie trochę się między sobą różnią 🙂 Język arabski, zwłaszcza mówiony, absolutnie nie jest jednolity. Trudno, żeby był. Na tak dużym obszarze żywy język zmienia się i różnicuje. Znamy parę spektakularnych przykładów, jak choćby języki romańskie, które – upraszczam – wyewoluowały z łaciny.  Podobno Hiszpan z Portugalczykiem się dogada, nawet jeśli każdy będzie mówił w swoim języku. Irakijczyk z Marokańczykiem – już nie. Chyba że przejdą na angielski (albo na straszny sztuczny twór zwany arabskim literackim, po angielsku MSA: Modern Standard Arabic).  W Polsce żaden sąd nie wezwie tłumacza języka portugalskiego na tłumaczenie z hiszpańskiego. Za to dziwią się sędziowie, gdy arabista szuka wspólnego języka z Arabem i… nie zawsze znajduje. – Pewnie niedouczony – myślą. A owszem, niedouczony, ale podsądny, bo często nie rozumie sztucznego języka, którym byli karmieni polscy studenci arabistyki (jak te tuczone gęsi) zwłaszcza wiele lat tamu, gdy nauczanie dialektów leżało i kwiczało, bo nie miał kto tego robić.

Do mnie raczej nikt nie mówił w obcych językach, gdy byłam mała. Mama śpiewała mi piosenki po rosyjsku i puszczała płyty z piosenkami w różnych językach. Do dziś pamiętam scenkę z przedszkola: dzieci chodzą z panią w kółeczko i śpiewają jakąś trywialną piosenkę, a ja wolę się bawić z boku i śpiewam jak papuga (bo nie rozumiem) niemiecką piosenkę, którą słyszałam parę razy przed snem. Czy dlatego zostałam poliglotką?