Znaki, wróżby…

Co się dzieje, kiedy człowiek wymęczony niechcianym zleceniem dla wymiaru sprawiedliwości (tłumaczenie różnych dziwnych rzeczy tym razem na arabski) wreszcie chce trochę odpocząć psychicznie? Ano, nogi same niosą nieco odklejonego od realu człowieka do osiedlowej biblioteki. Wiadomo, kilka tysięcy książek w domu to za mało, trzeba nałogowo wypożyczać wciąż nowe. Z wiekiem ten nałóg się nasila, zapewne z powodu niedosytu.
Lekko zmącony wzrok pada na oddane przed chwilą tomiszcza, które nie zdążyły wrócić na półkę: lwowska trylogia Krajewskiego. O rany! Tej środkowej części przecież nie czytałam, trzeba brać.
Zadowolona z tego, że troszkę sobie odpłynę, sięgam w domu po „Liczby Charona” i czytam… No tak, akcja zaczyna się w Norwegii. Mogłam się tego spodziewać. Pojawia się nawet matematyk z Wrocławia, który nauczył się norweskiego. Sygnały aż nadto czytelne 🙂 To między innymi zapowiedź korków z matmy, które będę dawać we Wrocku pewnie bliżej wiosny, jak się do mnie zgłoszą spałowani na półrocze uczniowie. Tymczasem trzeba pilnie wracać do norweskiego, bo zrobiłam już za długą przerwę, o czym właśnie przypomniały mi nowe znaki. Kolejne podejście zacznę od innej strony, tym razem spróbuję przetłumaczyć przynajmniej kawałek piosenki. Akurat chodzi za mną taka jedna smutna, w sam raz na noc z początku listopada.

Wiem, że to bezczelność, tak brać się za tłumaczenie zaledwie po paru dniach nauki… Najwyżej ktoś wyśmieje moje błędy. A ja się przy okazji czegoś nauczę, jak będę je poprawiać. Każdy sposób jest dobry, zwłaszcza gdy człowiek uczy się z doskoku i nie ma szans na systematyczną pracę.
No to jedziemy. Najpierw tekst oryginalny:

Så lenge jeg lever
Skal du også leve
Inni mitt hjerte
Inni mitt sinn
Så lenge jeg minnes
Skal du også finnes
Hos meg med alt det som gjorde
at jeg kalte deg
min

Hvordan skal jeg komme over dette fjell av sorg
Som nå stenger veien min
Hvordan skal jeg klare å komme videre
Når mitt indre ligger i ruin
Ingenting har vært så vondt som det å miste deg
Bare en ting står helt klart for meg

Så lenge jeg lever..

Hvem kan ro meg over dette har av savn
Som forsvinner i en horisont
Finnes det et land med mening framme der et sted
Hvor alt ikke bare føles vondt
Nå som du er borte føles allting meningsløst
Bare en ting gir meg trøst

Så lenge jeg lever..

Mam nadzieję, że dobrze przepisałam (z tekstu, bo ze słuchu nie miałabym najmniejszych szans – za bardzo wymowa różni się od tego, co wiem o pisowni norweskiej). Melodia wpada w ucho, już ją znam. Teraz tylko zrozumieć i zapamiętać tekst. I chwalić się, że po norwesku też śpiewam.
Jeśli uda mi się to dobrze przetłumaczyć, będzie to oznaczało, że rozumiem tekst. Nie wszyscy wiedzą, że w drugą stronę to nie zawsze działa. Można przecież świetnie znać obcy język – nawet w nim myśleć – ale nie umieć tłumaczyć, bo to są zupełnie różne umiejętności.

Så lenge jeg lever
Skal du også leve
Inni mitt hjerte
Inni mitt sinn

Dopóki żyję
Ty też będziesz żyć
W moim sercu
W moich myślach

Na razie jest łatwo, bo mam skojarzenia przynajmniej z czterech podobnych i podobnie zbudowanych języków. Obym się gdzies po drodze nie nacięła na false friends!

Så lenge jeg minnes
Skal du også finnes
Hos meg med alt det som gjorde
at jeg kalte deg
min

Dopóki pamiętam
Ty też bedziesz trwać
Ze mną we wszystkim, co robiłem,
Gdy byłaś moja.

Nie jestem pewna ostatniej frazy, a dalej będzie jezcze trudniej. Idę spać – może reszta mi się przyśni. Dokończę później.
W koncu to tylko brudnopis…

Reklamy

Śpiewająco na egzaminy

O czym tu dziś napisać? Tematów mi nie brakuje. Ostatnio ich jeszcze przybywa. I to kusi, i to nęci… Norweski – nowość, jidysz – odświeżany po latach. Niedawny – bardzo ciekawy – gość tego bloga przypomniał mi moją dawną fascynację językami południowoarabskimi. Na studiach miałam zajęcia również z takich języków. Śmieszyła mnie, podobnie jak innych studentów i wykładowcę, którym oczywiście był profesor Zaborski (bo któżby inny?) nazwa wysp: Kuria Muria, gdzie mówiono takimi dialektami. A tu znienacka zagląda do mojego bloga człowiek, który pojechał sobie na sąsiednią Sokotrę i bada tamtejszy język. I jeszcze wrzuca spisane przez siebie teksty do internetu: http://vagafonov.wordpress.com/2014/08/02/how-is-a-real-folk-tale-of-socotra-looking-like/ Ech, poczytałoby się tego więcej!

A’ propos studiów orientalistycznych…

Eurythmics – Miracle Of Love
Wieczorne piwko i powyższa piosenka przywołały wspomnienia sprzed prawie ćwierć wieku. Właśnie wtedy zaczęłam studia orientalistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie było łatwo się dostać. Trzeba było zdać pięć trudnych egzaminów (nie licząc rozmowy kwalifikacyjnej, która też nie była kaszką z mleczkiem). Oprócz gramatyki polskiej ustnie, trzeba było zdać dwa języki obce pisemnie i ustnie. Wybór raczej nie był nieograniczony, bo zdawałabym w takiej sytuacji hebrajski 🙂 Wtedy jeszcze nieźle pamiętałam łacinę, ale trudno mi było wyobrazić sobie ustny egzamin, więc padło na angielski jako drugi język (moim pierwszym był wtedy bezapelacyjnie rosyjski). Ale jak tu się uczyć? Materiałów prawie nie miałam, Internet wtedy w Polsce raczkował, czasu było niewiele, bo na te studia zdecydowałam się prawie w ostatniej chwili. na szczeście już wcześniej nagrywałam sobie na kasety magnetofonowe (było coś takiego :D) rozmaite piosenki. No i rzuciłam się na piosenki po angielsku i – dawaj – spisywać teksty ze słuchu. Pamiętam, jak się denerwowałam, że z tej piosenki Annie Lennox nie udało mi się wszystkiego zrozumieć. Ale to było świetne ćwiczenie, bo tych piosenek miałam sporo. Dzięki tej niekonwencjonalnej metodzie nauki do egzaminów (odpuściłam sobie powtórki gramatyczne, a podręczników nie tykałam nawet długim kijem) poszłam na obie części wyluzowana i całkiem ładnie mi poszło. Od tego czasu bardzo poważnie traktuję naukę piosenek, zwłaszcza że zauważyłam, że – jakimś dziwnym przypadkiem – wyrażenia, które z nich zapamiętałam, bardzo szybko przydają się w konkretnych sytuacjach. Ale o metafizycznych przypadkach napiszę w dalszej przyszłości.

Cukiereczki

soupa tis meras

Mała rzecz, a cieszy: idę sobie w poniedziałkowy wieczór na zajęcia z jidysz, pogoda piękna, no to zamiast przesiadki do tramwaju robię sobie spacerek. A na środku wrocławskiego Rynku taka tablica. Oko po niej przejechało, niezamyślona część umysłu wyświetliła na ekranie tekst po polsku: „zupa dnia”. Dopiero po chwili zreflektowałam się: przecież ja nie znam greckiego! Przynajmniej współczesnego. No i literki też się nie zgadzają. Bo powinno być tak: σούπα της ημέρας.
Gdzieś, kiedyś przyplątało mi się, ze „kalimera” (καλημέρα) to „dzień dobry”. A teraz to samo wypłynęło. Ech, człowiek nie docenia własnego umysłu. Ale nie ja. Wykorzystam te sztuczki przy nauce norweskiego. (przy okazji przypomniało mi się, jak pewien kolega kiedyś po świńsku przekręcił greckie przywitanie wieczorne, ale nie umiem tego zapisać greckim alfabetem :-))

Pożegnanie z bajką

Klika dni temu zmarł profesor Andrzej Zaborski, poliglota, orientalista światowej sławy. Dziś jest jego pogrzeb.

Dwadzieścia lat temu byłeś moim mistrzem (a nawet Mistrzem), Profesorze. Początek studiów arabistycznych był dla mnie objawieniem – wreszcie znalazłam swoje miejsce (po dwóch wcześniejszych próbach z innej bajki). Z przejęciem biegałam na Twoje zajęcia z języka akadyjskiego (obok wstępu do studiów arabistycznych, obowiązkowego dla pierwszego roku, chodziłam na wszystko, co mnie interesowało), koptyjskiego, hebrajskiego biblijnego. Potem były te wszystkie zajęcia komparatystyczne, ćwiczenia przekładowe chyba z kilkudziesięciu języków (z pamięci wszystkich na szybko nie przytoczę:  z berberskich – kabylski i tamazight, wszystkie możliwe semickie, łącznie z maltańskim, o dialektach arabskich nie wspominam, bo to oczywista oczywistość, nawet staroegipski, języki afroazjatyckie z innych grup: kuszyckie, czadyjskie). To była jazda bez trzymanki i fantastyczna przygoda. Jak w przedinternetowej bajce. Bo teraz praktycznie o każdym języku można znaleźć informacje w internecie. A w tamtych czasach czuliśmy się jak wybrańcy losu, mając z Tobą fantastyczne zajęcia z tak egzotycznych rzeczy.

Na początku zajęć przez jakieś pół godziny poznawaliśmy zarys gramatyki nowego języka, a potem od razu następował skok na głęboką wodę: dostawaliśmy tekst do tłumaczenia. Fajnie się zgadywało wspólnymi siłami, bazując na skojarzeniach z języków, które znaliśmy wcześniej (albo właśnie  „poznaliśmy” tydzień czy dwa wcześniej). A na kolejnych zajęciach – następny język.  Uwierzyłam wtedy, że nie ma ograniczeń – poza tymi, które człowiek sam sobie narzuci – liczby poznawanych języków. I postanowiłam, że jak będę duża, zostanę  Robertem Stillerem, albo Ireneuszem Kanią…

A potem nas wpuściłeś w Labirynt Fauna, Profesorze. Miejmy nadzieję, że sam tam teraz nie trafiłeś.

Do zobaczenia w Raju Poliglotów, Profesorze (jeśli trafisz do Raju Mizoginów, okazji do spotkania raczej nie będzie :P)

Jak to się zaczyna.

Dzisiaj zacznę od cytatu:

„Miałam nianię Niemkę. Nazywała się Gertruda Nietsche. Była drobna i ruchliwa jak gryzoń, nosiła mocne okulary, w których po kilkakroć odbijały się wszystkie źródła światła, od żarówek po słońce. Po polsku znała tylko kilka słów i głównie używała ich w rozmowach z moją mamą do mnie mówiła tak, jak myślała, czyli po niemiecku. Pamiętam dobrze jej twarz, jej czule-szorstkie ruchy, dotyk jej swetrów, kakaowy zapach. Ale nie pamiętam jej słów. Nie miałam jeszcze wtedy żadnego języka na podorędziu, byłam dziewicza w języku, nie potrzebowałam żadnych słów: ani polskich, ani niemieckich, ani jakichkolwiek. Ona miała swój język, który wszystkim naokoło wydawał się obcy, a nawet nienawistny (w końcu było dopiero dwadzieścia lat po wojnie). Mówiła tym językiem do mnie, śpiewała i karciła. Wkładała mnie w drewniany wózek i jechała przez groble na stawach do swoich krewnych, jedynych autochtonów, Kampów, i tam, w ich pełnym ozdóbek domu, brałyśmy razem udział w nie kończących się rozmowach. Ja oczywiście w milczeniu. Podczas tych rozmów siedziałam na zasłanym kapą łóżku, podparta poduszkami, a Gertruda przy stole z Kampową dzyń, dzyń filiżankami. Potem brała mnie na ręce i musiałam na pewno odbijać się w szkłach jej okularów. Ale tego nie pamiętam – nie było mnie jeszcze we własnych odbiciach, nie istniałam jeszcze dla luster.

Z powodu Gertrudy wciąż mam nadzieję, że znam niemiecki, że leży we mnie ukryty, przysypany kurzem wszelkich moich rozmów po polsku, stertami książek, które przeczytałam, elementarzem z Alą i Asem, a nawet jeżeli niecały język, to przynajmniej wiele najważniejszych słów, wystarczająco wiele, by dać sobie radę. Czekam na taki moment, kiedy ten język ujawni się we mnie, bez pomocy podręczników i nudnych lekcji. Nagle, ni stąd, ni zowąd, zacznę rozumieć i może nawet, choć z trudnością bo ani wargi, ani język nie nawykły do układania się inaczej, zacznę mówić. I jestem pewna, że rozumiałabym niemiecki, gdyby ktoś -jak Gertruda – pochylał się nade mną, pieścił mnie i karmił. Gdyby przez okno pokazywał mi park i zadawał te niemądre pytania, jakie dorośli zadają dzieciom: „A co to? Kto to idzie? Gdzie mama?” Gdyby z czułością pozwalał mi rękami błądzić po swojej twarzy i odkrywać jej jedyność. Gdyby stawał się ostatnim obrazem widzianym przed zaśnięciem i pierwszym po przebudzeniu.”

Olga Tokarczuk, Dom dzienny, dom nocny.

Tajemnicza sprawa z tymi językami uśpionymi w dzieciństwie. Znajomy Izraelczyk, którego rodzina przyjechała do Erec Israel z Jemenu, opowiedział mi kiedyś swoją historię. W szkole średniej jako drugi język obcy wybrał sobie francuski. Arabskiego wtedy mało kto chciał się uczyć.  A potem zdecydował się na karierę wojskową (a że przebiegła inaczej, niż chciał – z powodu jego pozytywnego stosunku do Arabów – to już inna opowieść). Zaczął stykać się z Arabami i… zauważył, że ich rozumie. Może nie idealnie, ale dużo lepiej niż koledzy, którzy też się nie uczyli arabskiego. Skąd to się wzięło? Rodzice w domu mówili tylko po hebrajsku. Nie tylko ze względów ideologicznych. Sami się dopiero uczyli tego języka na intensywnym kursie i chcieli jak najwięcej ćwiczyć, również w domu, bo od tego zależało, czy dostaną lepszą pracę. Gdy urodził im się synek, zostawiali go pod opieką babci. Babcia nie bardzo miała ochotę na naukę hebrajskiego. Do wnuczka mówiła po arabsku. Nie szkodzi, że potem tego nie pamiętał, bo to wszystko wróciło po latach. To dlaczego nie rozumiał idealnie? No cóż, dialekty jemeńskie i palestyńskie trochę się między sobą różnią 🙂 Język arabski, zwłaszcza mówiony, absolutnie nie jest jednolity. Trudno, żeby był. Na tak dużym obszarze żywy język zmienia się i różnicuje. Znamy parę spektakularnych przykładów, jak choćby języki romańskie, które – upraszczam – wyewoluowały z łaciny.  Podobno Hiszpan z Portugalczykiem się dogada, nawet jeśli każdy będzie mówił w swoim języku. Irakijczyk z Marokańczykiem – już nie. Chyba że przejdą na angielski (albo na straszny sztuczny twór zwany arabskim literackim, po angielsku MSA: Modern Standard Arabic).  W Polsce żaden sąd nie wezwie tłumacza języka portugalskiego na tłumaczenie z hiszpańskiego. Za to dziwią się sędziowie, gdy arabista szuka wspólnego języka z Arabem i… nie zawsze znajduje. – Pewnie niedouczony – myślą. A owszem, niedouczony, ale podsądny, bo często nie rozumie sztucznego języka, którym byli karmieni polscy studenci arabistyki (jak te tuczone gęsi) zwłaszcza wiele lat tamu, gdy nauczanie dialektów leżało i kwiczało, bo nie miał kto tego robić.

Do mnie raczej nikt nie mówił w obcych językach, gdy byłam mała. Mama śpiewała mi piosenki po rosyjsku i puszczała płyty z piosenkami w różnych językach. Do dziś pamiętam scenkę z przedszkola: dzieci chodzą z panią w kółeczko i śpiewają jakąś trywialną piosenkę, a ja wolę się bawić z boku i śpiewam jak papuga (bo nie rozumiem) niemiecką piosenkę, którą słyszałam parę razy przed snem. Czy dlatego zostałam poliglotką?

Chińskie karteczki

Niestety, słownik frekwencyjny języka polskiego nie okazał się aż tak ciekawą lekturą , jak niecnie podejrzewałam.  Lista stu najczęściej używanych słów jest grzeczna i poprawna, bez przekleństw.  Zdziwiło mnie jedynie to, że na pierwszym miejscu znalazło się, skądinąd kłopotliwe, słowo „się”, a nie „ja” – jak  na przykład w norweskim.

A tymczasem tydzień z okładem minął, a ochota na norweski jeszcze mi nie przeszła. Sprawiłam sobie nawet porządny tradycyjny zeszyt.  Już 50 najczęściej używanych słów spisałam i znam.  Oczywiście, zapisuję sobie też całe zdania, trochę z lekcji z youtube, trochę z tego podręcznika: http://capellamedia.ipapercms.dk/Fagbokforlaget/FagbokforlagetU/NyiNorgeTekstbokNy/

Ale kuszą mnie też mniej konwencjonalne metody, zwłaszcza że niektóre sprawdziłam już przy okazji nauki innych języków. Najmilej kojarzą mi się poczciwe „chińskie karteczki”, bo dzięki nim udało mi się zapamiętać sporo słów, które nijak nie wchodziły mi do głowy. Sposób ten pokazał mi na studiach arabistycznych kolega z Kazachstanu (też poliglota 🙂 ). Podobno tak właśnie uczył się chińskiego. Stąd nazwa tej pomocy naukowej.

Jak to się robi? Na małych karteczkach zapisujemy słówka lub wyrażenia: po jednej stronie w języku, którego się aktualnie uczymy, po drugiej – najczęściej w ojczystym, żeby nie komplikować (o uczeniu się języka obcego przez inny obcy będzie innym razem).  Od jakiegoś czasu można kupić gotowe fiszki (o zgrozo, wczoraj widziałam w popularnym supermarkecie nawet „e-fiszki”!) , ale to nie to samo co własnoręcznie wykonane chińskie karteczki.  Poza tym nie widziałam nigdzie fiszek ze słówkami hebrajskimi, arabskimi, perskimi, czy w jidysz (a akurat słówek w tych językach uczyłam się dzięki tym małym karteczkom).  Z gotowymi  fiszkami jest podobnie jak ze słownikami: nie ma tam słówek, które akurat są mi potrzebne, a pełno słówek, które już znam. Irytujące. A do tego własnoręczne sporządzenie takiej karteczki sprawia, że szybciej się zapamiętuje dane słówko. Ale niekoniecznie od razu.

Całkiem niedawno, bo w sierpniu,  robiłam sobie powtórkę po latach przerwy w nauce jidysz. Zaczęłam od czytania i przeglądania tego podręcznika: http://www.shevazucker.com/volume-2.html Okazało się, że sporo słów, zwłaszcza czasowników pochodzących z niemieckiego, już mi się myli. No to ciach!  Palce same sięgnęły po kartki i nożyczki.  Pies Pawłowa nawet po latach nie zapomniał odruchów. Od razu wpadłam w lekki trans…

Cztery kartki zwykłego papieru do drukarek składam na pół i ciach!  Każdą połówkę znowu na pół. I ciach! W sumie cztery razy. Z każdej kartki wyszło 16 małych karteczek. Dla mnie to jest optymalna wielkość.  Mniejsze wypadałyby z rąk i musiałabym pisać maczkiem. Na zbyt duże szkoda papieru i trzeba potem taszczyć nie tylko grube, ale i ciężkie pliki. No bo przecież nie po to robimy te karteczki, żeby sobie grzecznie leżały w domu i się kurzyły.

Trochę się tych słówek uzbierało. Już nie pamiętam, ile razy sięgałam po 4 kartki i składałam je na pół i jeszcze na pół… I potem spacerowałam sobie z tymi karteczkami na pocztę, do autobusu. Fajnie się poczułam w podróży: wszyscy dookoła powyciągali laptopy, a ja plik tajemniczych karteczek. I jeszcze odkładałam je po obejrzeniu z dwóch stron na jeden z dwóch stosików. Parę osób zerkało dyskretnie, ale nikt nie odważył się zapytać, według jakiego klucza to robię. A to akurat proste.

Skąd się wzięły dwa stosiki? Na początku był jeden. Karteczki zostały uporządkowane w taki sposób, że na górze były wyrazy w jidysz. Patrzyłam na nie i próbowałam przypomnieć sobie, co one znaczą.  Część wyrazów zapamiętałam już przy zapisywaniu ich na karteczkach, więc po pierwszym czytaniu powędrowały na stosik ze słówkami oswojonymi.  Reszta wracała do kupki trzymanej w rękach. Co jakiś czas ją tasowałam (żeby sobie nie wyrabiać skojarzeń sekwencji wyrazów). Pomalutku kupka zapamiętanych słówek rosła.  Gdy już przerosła tę pierwotną, zaczęłam się bawić jeszcze inaczej: gdy zapamiętywałam kolejne słowo, odkładałam karteczkę z nim na spód stosiku słówek już znanych i sprawdzałam pierwsze słówko z góry tego stosu. Pamiętam- wędruje na spód, zdążyłam je z powrotem zapomnieć – no to wraca do kupki z wyrazami do zapamiętania, a kupkę znowu tasuję. Jak mi się to znudzi, wymyślę inną zabawę. Na razie ta działa. Okazało się, że najdłużej opierają się zapamiętaniu wspomniane wcześniej czasowniki. Za to z rzeczownikami poszło mi nadspodziewanie gładko. Z jednym wyjątkiem: Nawet dziś nie mogę zapamiętać słowa: בראנפן [bronfn] – samogon (według słowniczka w podręczniku Magdaleny Sitarz, Wikipedia podaje, że to koniak). Ma ktoś pomysł na zapamiętanie takiego słówka?

Zamiast wstępu – do roboty!

Wstęp będzie innym razem, bo mi wena ucieknie.  Tymczasem naszła mnie prawie znienacka ochota na naukę kolejnego języka. Akurat teraz padło na norweski.

Ponieważ jestem za stara i zbyt zblazowana na naukę po bożemu, będę to robić tak, jak mi się spodoba. Przy okazji przypominając sobie te języki, których już się kiedyś uczyłam.  A to będzie mój  słodki dzienniczek 😉 Może ktoś tu kiedyś zajrzy. Wtedy będzie prawie jak w reality show. Tyle że zamiast innych rzeczy, będę pokazywać języki.

Tu będzie spontan, chaos i żadnego wymądrzania się. Teorii jest pełno w innych miejscach. Niektóre spróbuję zastosować.

Zaczęłam od zapisania się tu: http://nocnasowa.pl/ Mądrze i sporo teorii, ale takiej z sensem. Będę do tego wracać i komentować.

Na razie czytam artykuły, próbuję opanować podstawowe zwroty, puszczam norweskie piosenki https://www.youtube.com/watch?v=mdMvuKBWPIc&index=2&list=PLbC-OiJnUHPbhEILPlBXOoIhOmqf6IUO_  żeby się osłuchać z nowym językiem, bo wtedy będę kojarzyć, że jakieś słowo już było. I wtedy szybciej pójdzie. Standard.

I nagle trafiam na film: https://www.youtube.com/watch?v=Gh1mqfo3ui8&index=6&list=PLbC-OiJnUHPbyjh7ef1aeZ30NTmqNlcf3

5000 najczęściej używanych słów w języku norweskim…

Kurczę! To prawie jak objawienie! Dlaczego zapomniałam o słownikach frekwencyjnych? Ludzie już dawno wpadli na pomysł, żeby poukładać wyrazy według częstości ich użycia. W dobie komputerów i Internetu to żadna sztuka. Ale jak się jest dinozaurem, który startował wieki temu z nauką języków tradycyjnymi metodami, to nie tak łatwo skojarzyć, że właśnie w łapy pcha mi się świetne narzędzie.

Ha! Posprawdzam dzięki tym słownikom, jak dobrze pamiętam słówka w językach, które poznawałam, 10, 20 ,30 lat temu. Sporo ich było. I słówek, i języków.

Na pierwszy ogień idzie hebrajski, którego ostatnio używam najczęściej. Ale będzie wstyd, jak się okaże, że nie pamiętam któregoś z najpopularniejszych słówek…

Otwieram: http://pl.wiktionary.org/wiki/Indeks:Hebrajski_-_Najpopularniejsze_s%C5%82owa#1-100

i… wstydu nie ma, bo te pierwsze słowa to głównie zaimki osobowe,  a poza tym „tak”, „nie”, „dużo”, „proszę”, „robić”. Normalka (przy okazji porównam z polskim słownikiem frekwencyjnym). Aż tu nagle wyskakuje hasło:

לעזאזל (le-Azazel)

czyli odpowiednik polskiego „cholera!”, „do diabła!”. No proszę, imię upadłego anioła wśród stu najczęściej używanych słów. Aż boję się zaglądać do polskiej części 😉

http://he.wikipedia.org/wiki/%D7%A2%D7%96%D7%90%D7%96%D7%9C#mediaviewer/File:Azazel.jpg