Archiwum kategorii: Uncategorized

Coś dla fanów Leonarda Cohena

Otchłań chwilowo odpuściła sobie patrzenie we mnie, no to jestem.

Udało mi się przeżyć kolejny Sądny Dzień. Tyle osób było ostatnio potrzebnych na Górze, że znowu jakoś się uchowałam na terenie niczyim. Po drodze zaczęło się – i  już zmierza ku końcowi – radosne Święto Sukkot , a ja ciągle siedzę w tych jomkipurowych klimatach. Tak mi na razie lepiej. Jeszcze nie zeszłam na ziemię, żeby sobie szukać gałęzi i innych materiałów do budowy schronienia przed światem, w którym jestem jakoś nie do końca.

Jak dorosnę, zostanę kantorem. Jeśli nie tu, to na następnej planecie, na której się wcielę. Ćwiczę już teraz. Od paru lat próbuję się nauczyć śpiewanej raz w roku, na Jom Kipur,  pieśni – modlitwy (Żydzi sefardyjscy śpiewają ją dwa razy: wcześniej na Rosz Ha-Szana, pewnie dlatego uczą się szybciej): „Unetanne tokef”. Już kolejny sezon zachwycam się tym wykonaniem:

(Mam nadzieję, że napisy hiszpańskie nikogo nie zdziwią. W końcu, jeśli ktoś zapędził się już nawet do tego zakątka Sieci, to z pewnością dawno wie , że warto pewne rzeczy kodować sobie równolegle w kilku językach :-))

Zakochałam się w tym głosie. Mam nadzieję, że pewnego pięknego dnia Shay Abramson zaśpiewa we wrocławskiej synagodze. Może razem zaśpiewamy [żart].

W tym roku wreszcie ambitnie przeczytałam polskie tłumaczenie Izaaka Cylkowa:

„Świadczmy tedy głośno o dniu tym uroczystym i świętym, gdyż pełen on grozy i majestatu!

W nim wywyższa się panowanie Twoje, a buduje się na łasce tron Twój, a zasiadasz na nim w prawdzie.

Prawdą to, żeś Ty sędzią i rozjemcą, rzeczoznawcą i świadkiem, który piszesz i zatwierdzasz, liczysz i rozpatrujesz, a pamiętasz czyny dawno zapomniane.

Roztwierasz księgę wspomnień, a ona sama się czyta, a rys pisma każdego człowieka w niej. A trąba wszechświatów się odzywa, a cichy odgłos głuchego szmeru słyszeć się daje – aniołowie drżą, postrach i trwoga ich ogarniają, a szepczą: Oto dzień sądu, by cały zastęp niebios zawezwać przed sąd, albowiem i oni nie bez zmazy wobec sądu!

A wszyscy mieszkańcy świata przeciągają przed Tobą, niby stada jagniąt. Jak przegląda pasterz swą trzodę a przepuszcza owce pod koszturem swoim, tak przeprowadzasz i  Ty i liczysz i rozpatrujesz i przeglądasz dusze wszystkich żyjących i wyznaczasz każdemu stworzeniu kres jego i zapisujesz zapadły na wszystkich wyrok.

W dzień Nowego Roku się pisze, a w dzień Odpuszczenia się stwierdza, ilu ma zjeść* i ilu się narodzić; kto ma żyć, a kto umierać, komu pełnej miary dni dostąpić, a komu przedwcześnie, w kwiecie wieku, odejść; kto ma zginąć przez wodę, a kto przez ogień, kto od miecza, a kto od bestyi drapieżnej; kto ma zginąć z głodu, a kto z pragnienia, przez srożącą się burzę, albo przez niszczącą zarazę; kto ma uledz zadławieniu, a kto ukamienowaniu; kto ma w bezpieczeństwie i ciszy dnie swe spędzić, a kto w strapieniu i tułactwie, kto w biedzie, a kto w dostatku, kto w nizinach, a kto na wyżynach życia.

Ale skrucha, modlitwa i dobre czyny łagodzą wyroki złowieszcze.

Zgodna bowiem z imieniem Twojem jest sława Twoja: Nieskoryś do gniewu, a łatwy do przebłagania! Z żalem karcisz niegodziwych, a czekasz cierpliwie na chwilę ich skruchy i poprawy – nie pragniesz bowiem niczyjej śmierci, niczyjej zaguby, a jedynie aby grzeszny ze złej drogi swej się nawrócił i godniejsze życie rozpoczął.  Aż po dzień skonu jego wyczekujesz i zostawiasz każdemu czas do rozmysłu i opamiętania, abyś go jeszcze do siebie mógł przygarnąć, pocieszyć i ułaskawić. O, bo Ty znasz istotę człowieka, jego słabość i znikomość, jego popędy i namiętności, że to krew tylko i ciało. Z prochu powstał i do prochu powraca. Życie jego ustawiczną walką o chleb powszedni! Do czegoż go porównać? Podobny do skorupy kruchej, do trawy, która zasycha, do obłoku, który przeciąga, do wiatru, który się zrywa i przemyka, do pyłka, który się ulatnia, do mary sennej, która się rozwiewa i znika.”

MACHZOR CZYLI MODLITWY IZRAELITÓW NA WSZYSTKIE ŚWIĘTA

TEKST HEBRAJSKI Z PRZEKŁADEM POLSKIM DRA IZAAKA CYLKOWA CZĘŚĆ DRUGA JOM KIPPUR (DZIEŃ ODPUSZCZENIA)

Warszawa 1929 (reprint: Kraków 2013, wyd. Austeria)


Ha! Wydało się, że mój ukochany kantor opuszcza pewien znaczący fragment…

Posłuchamy razem jeszcze raz? 🙂

Okazuje się, że sporo wycięli:

„W dzień Nowego Roku się pisze, a w dzień Odpuszczenia się stwierdza, ilu ma zjeść* i ilu się narodzić; kto ma żyć, a kto umierać, komu pełnej miary dni dostąpić, a komu przedwcześnie, w kwiecie wieku, odejść; kto ma zginąć przez wodę, a kto przez ogień, kto od miecza, a kto od bestyi drapieżnej; kto ma zginąć z głodu, a kto z pragnienia, przez srożącą się burzę, albo przez niszczącą zarazę; kto ma uledz zadławieniu, a kto ukamienowaniu; kto ma w bezpieczeństwie i ciszy dnie swe spędzić, a kto w strapieniu i tułactwie, kto w biedzie, a kto w dostatku, kto w nizinach, a kto na wyżynach życia.

Ale skrucha, modlitwa i dobre czyny łagodzą wyroki złowieszcze.

Zgodna bowiem z imieniem Twojem jest sława Twoja: Nieskoryś do gniewu, a łatwy do przebłagania! Z żalem karcisz niegodziwych, a czekasz cierpliwie na chwilę ich skruchy i poprawy – nie pragniesz bowiem niczyjej śmierci, niczyjej zaguby, a jedynie aby grzeszny ze złej drogi swej się nawrócił i godniejsze życie rozpoczął.  Aż po dzień skonu jego wyczekujesz i zostawiasz każdemu czas do rozmysłu i opamiętania, abyś go jeszcze do siebie mógł przygarnąć, pocieszyć i ułaskawić. O, bo Ty znasz istotę człowieka, jego słabość i znikomość, jego popędy i namiętności, że to krew tylko i ciało. Z prochu powstał i do prochu powraca. Życie jego ustawiczną walką o chleb powszedni! Do czegoż go porównać?”

A ten wytłuszczony fragmencik brzmi znajomo, prawda?  Jeśli ktoś przypadkiem jeszcze nie słyszał tej piosenki Cohena i nie kojarzy, służę uprzejmie:

Nieodżałowany Zembaty tak to w swoim czasie przetłumaczył:

Kto w płomieniach, kto w odmętach,
kto w blasku słońca, kto w ciemnościach,
kto w ciężkiej próbie, kto ot tak sobie,
kto w pięknym, pięknym maju, kto w powolnym konaniu
i jak nazwać tego kto wzywa?

Kto w kościelnej ławie, kto z nieumiarkowania,
kto z miłości, kto z wściekłości,
kto pod lawiną, kto pod pyłem,
kto z przepicia, kto z pragnienia
i jak nazwać tego kto wzywa?

Kto pogodzony, kto zaskoczony,
kto w pustelni, kto przed zwierciadłem,
kto z rozkazu swej pani, kto z własnej ręki,
kto w śmiertelnym strach, kto w blasku potęgi
i jak nazwać tego kto wzywa?

http://www.tekstowo.pl/piosenka,maciej_zembaty,kto_w_plomieniach.html

Avraham Fried ambitnie śpiewa całość Unetanne Tokef [ ok. 6:20 test Cohena 😉 ] Przy okazji można sobie porównać wymowę sefardyjską (Abramson) i aszkenazyjską (Fried).

Takie tam drobne różnice, hehe.

Tak drobne, że po powrocie z intensywnego kursu hebrajskiego w Izraelu (sefardyjska odmiana) dalej nie rozumiałam panów modlących się w krakowskiej synagodze.

Ale to już inna historia…

Reklamy

Simplicitas, sancta jak najbardziej

Konkurencja podbiera mi tematy 😉

Zapiski neurastenicznego dinozaura

Druga połowa XIX stulecia to był w Europie czas wielkiego myślowego ciśnienia. Postęp nauki dał skuteczna medycynę znaną dziś, linie kolejowe, żeglugowe, telegraficzne i telefoniczne szybko zmniejszały świat do wymiarów „globalnej wioski”, początkujący socjaliści śnili o lepszym świecie, chwiały się trony i urzędy. A przede wszystkim – dał ten czas NADZIEJĘ. Szybkie rozchodzenie się informacji (już wtedy!) uświadomiło ludziom, że właściwie są wszędzie dość podobni, choć mówią różnymi językami i różnych wyznają bogów. Dlaczego zatem tę ludzkość, wszędzie dość podobną, rozdzierają konflikty? – pytano otwarcie. I oto pytanie takie zadał sobie skromny okulista urodzony w prowincjonalnym, acz wielokulturowym – więc i wielojęzycznym – Białymstoku. To oczywiście Ludwik Zamenhof, najświętszy być może ze świętych naiwniaków wszystkich czasów.

W każdej działalności twórczej, ukierunkowanej na dobro szeroko rozumianej Ludzkości jest taki moment, gdy twórca, porwany przez swoje natchnienia, odkleja się od rzeczywistości, sądzi, że jego wynalazek lub idea, mają moc zbawienia lub przynajmniej…

View original post 538 słów więcej

Sen nocy letniej ;)

Donoszę uprzejmie, że jeszcze  żyję 🙂 Żeby jakoś przetrwać w tym dziwnym realu, odlatuję czasami bardzo daleko. Pomagają mi w tym na przykład takie cudeńka:

Skutki uboczne: zaczęły mi się śnić jakieś wcielenia sprzed tysięcy lat, niekoniecznie moje. I przyłapałam się na nieskromnych myślach o nauce sanskrytu. Próbowałam sobie przypomnieć, czy w moim księgozbiorze nie ma jakiegoś podręcznika… Nie ma. Jest za to książka o hindi. Ale te języki jeszcze trochę poczekają na swoją kolej. Musi być najpierw impuls wyzwalający ciąg jakichś dziwnych reakcji w umyśle, który nagle zaczyna pożądać kolejnego języka.

A tymczasem nogi same zaprowadziły mnie na warsztaty ladino. Wiedziałam, że we Wrocławiu jest osoba, która zajmuje się kulturą sefardyjską i od pewnego czasu prowadzi wykłady na jej temat na wrocławskiej judaistyce. No i proszę: na Festiwalu Kultury Żydowskiej Simcha ta sama osoba, czyli dr Agnieszka August-Zarębska, miała zajęcia pokazowe dla wszystkich chętnych. Nie mogłam nie przyjść. Podobno mam jakiś korzonek sefardyjski – Żydzi wygnani z Hiszpanii dotarli aż do Zamościa, więc jest to prawdopodobne, bo w tamtych okolicach też miałam rodzinę – a zatem dobrze by było poznać coś więcej niż parę piosenek Yasmin Levy, śpiewanych do Księżyca, kiedy wydaje mi się, że sąsiadów nie ma w domu.

Prawie każdy wie, że ladino to stary język hiszpański poprzekręcany przez Żydów i naszpikowany hebraizmami (coś tak jak jidysz, który jest przerobiony z wsiowego niemieckiego), żeby goje nie mogli zrozumieć.* Ale pewnie nie wiedzieliście, że ta nazwa nie jest do końca prawidłowa, choć używana nie tylko potocznie . Pierwotnie ladino to był język przekładów biblijnych dla hiszpańskich  Żydów, którzy nie znali już hebrajskiego. Język  sztuczny, tworzony na gorąco przez tłumaczy, którzy w tamtych czasach byli przekonani, że wierny przekład polega na przeniesieniu do języka docelowego wszystkiego, co tylko możliwe, łącznie z idiomami i kalkami gramatycznymi, niekoniecznie zwracając uwagę na to, że gubią pierwotny sens. Skupiali się na oddaniu oryginalnej składni, nawet jeśli brzmiało to sztucznie.W dzisiejszych czasach szanujący się wykładowca na dowolnym kierunku filologicznym tłuklby glową o biurko, gdyby studenci przynosili mu swoje przekłady powstałe w ten sposób (no dobra, słyszałam, że niektorzy tak robią, ale tłumaczami potem nie zostają, a przynajmniej mam taka nadzieję).

Przykłady: hebrajskie מיים majim (woda), czy חיים chajim (życie) to gramatycznie liczba mnoga, zatem tłumacze robili z nich aguas i vidas, choć po hiszpańsku używano ich w liczbie pojedynczej.

Jak mi taki tekst wpadnie w łapy, to go pewnie zrozumiem, bo znam hebrajski. Ciekawe, ile rozumieli czytelnicy, dla których te przekłady były przeznaczone. Na szczęście zawsze można było spytać chachama, czyli rabina, który znał hebrajski i mógł – nomen omen – wytłumaczyć, co tłumacz miał na myśli .  Taki mały smaczek: rabin po hebrajsku to רב raw. Chacham חכם to też hebrajskie słowo (mądry), które przeszło do arabskiego w znaczeniu rabin właśnie, a z arabskiego do ladino.

A ten język żywy, głównie mówiony, w kręgach jego badaczy nazywany jest najczęściej judezmo, sefardyjskim, judeo – hiszpańskim, żeby go nie pomylić z językiem – kalką stworzonym w dobrej wierze przez tłumaczy.

Więcej szczegółów, kto ciekaw, znajdzie tutaj: https://www.academia.edu/2920129/Agnieszka_August-Zar%C4%99bska_Ladino_czy_judezmo_O_j%C4%99zykach_%C5%BByd%C3%B3w_sefardyjskich

Imponujący jest zasięg tego języka: od Turcji po Argentynę. Co z tego, skoro współcześnie ladino ledwo żyje, skazane na jeszcze szybsze wymarcie niż jidysz. Z tej samej smutnej przyczyny.

W miniaturce Muzeum Żydów Polskich,która stała przez tydzień na wrocławskim Placu Solnym, zabrakło miejsca na maleńką nawet wzmiankę o polskich Żydach sefardyjskich. Zajrzałam tam wracając z warsztatów ladino. Nie muszę pisać, co zaczęło mi chodzić po głowie…

Dr August-Zarebska pokazała nam fragmenty izraelskiego podręcznika i powiedziała, że w Izraelu są rozmaite kursy, wychodzi gazeta w ladino, a na Youtube dostępne są lekcje.

Wczoraj dorwałam się do tych lekcji, przesłuchując fragmenty i robiąc sobie z nich listę do słuchania np. przy pracy.

Pewnie dlatego natychmiast zeszłej nocy przyśniła mi się grupa z Izraela. Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu ponad dwadzieścia lat zajmowałam się przyjeżdżającymi do Polski izraelskimi grupami, gdyby nie fakt, że wszyscy mówili tylko w ladino, a ja ich doskonale rozumiałam i świetnie mi szło konwersowanie z nimi. Ten sen był tak wyraźny, że jeszcze po obudzeniu pamiętałam niektóre dialogi.

Sugestopedia Łozanowa nawet po latach i nawet zapomniana i stosowana intuicyjnie – jednak działa. Szkoda, że nie mam na kim sprawdzić, czy ta moja senna znajomość ladino okaże się trwalsza.

*Gdyby ktoś tu trafił po praz pierwszy i nie wiedział, że czasem sobie żartuję: to jest ten moment.

Perskie króliki

Umysł ludzki we śnie  kieruje się swoją własną logiką…

Od kilku miesięcy noszę się jak kura z jajem z wpisem o języku jidysz (nie dlatego, że nie mam tematów – tylko muszę coś  wybrać, bo za dużo wykiełkowało mi wątków), a po drodze dopadł mnie Gilgamesz i przemożna chęć przypomnienia sobie języka akadyjskiego. Dlatego ćwiczę czytanie pisma klinowego (na zajęciach tłumaczyliśmy z transkrypcji), a rączki rwą się do wyciskania klinów . Glinę mam, ale fachowego narzędzia jeszcze szukam. A zawodowo w tej chwili tłumaczę dużo z hebrajskiego i trochę z arabskiego.

W związku z tym zeszłej nocy miałam sen o… Iranie.  Byłam tam na stypendium językowym, które mnie kiedyś ominęło w realu (bałam się trzęsienia ziemi, ale bardziej chyba tego, że mnie tam zabiją za kontakty z bahaitami).  Widocznie wspomnienia nauki perskiego mam w mózgu blisko tych babilońskich, więc i one znienacka się  uaktywniły.  Persowie  zresztą też przez dłuższy czas używali pisma klinowego 😀

W sobotę rano włączam komputer i pierwszą informacją, która mi się pojawia na fejsbuku jest…  zaproszenie do udziału w bezpłatnym internetowym kursie języka perskiego:

https://www.facebook.com/events/764200453658518/764907443587819/?notif_t=like

Autorka bardzo dobrego słownika persko – polskiego, Katarzyna Javaheri, teraz tworzy podręcznik do nauki tego języka i szuka osób do jego przetestowania. Jak się domyślacie, ochoczo się zgłosiłam.

Wieki temu chodziłam na Uniwersytecie Jagiellońskim na zajęcia praktyczne z języka perskiego .Prowadził je fantastycznie Wojciech Blumhoff.  Zadawał nam niekonwencjonalne zadania, na przykład tłumaczenie na perski ulubionych dowcipów, czy legendy o Smoku Wawelskim. Nota bene,  dzięki temu miałam potem okazję zabłysnąć przed izraelskimi potomkami irańskich Żydów, tylko niektóre słowa trzeba im było tłumaczyć na hebrajski, bo na przykład nie wiedzieli,  jak jest po persku „smok” (nie mylić ze „szmokiem”, bo o jidysz będzie jednak innym razem”).

A zatem: idzie wiosna, pora znów na perski, jak w piosence Arasha:

آره آره بهاره ميام پيشت دوباره

„Tak,  jest wiosna,  wracam znów do Ciebie”

Przesilenie zimowe

Co robi poliglota, gdy dedlajnów na horyzoncie brak, a tu człowieka dopada adrenalina wyzwolona chyba dla przetrwania mrozów, które chwilowo nie chcą nadejść?  Otóż słucha on swojego organizmu, a właściwie jakichś dziwnych podszeptów, płynących nie wiadomo, z których części umysłu.  Szkoda tylko, że podszepty zapomniały podpowiedzieć, że blog długo leżał odłogiem. Zamiast tego zawlokły swoją ofiarę – przy okazji niedawnej wypłaty (tak! sądy kiedyś w końcu płacą za tłumaczenia) – do księgarni, gdzie najniezbędniejszym zakupem był słownik medyczny polsko – norweski i norwesko polski.   Potem w środku nocy głosy kazały mi sprawdzić, czy ten słownik rzeczywiście jest taki dobry, bo hasła sprawdzane w empiku były takie trywialne i o niczym nie świadczą. Do głowy przyszło mi hasło „zaśniad groniasty”, które nie jest szczególnie popularne (przy okazji popytam lekarzy, czy je znają). No i proszę: po norwesku to po prostu blæremola. I jeszcze podali całkiem zgrabną definicję tej makabry. Zamiast przejąć się, że takie hasła przychodzą mi do głowy, poszłam spać spokojna i zadowolona, że mam dobry słownik. Oczywiście, książkokoholik nie może poprzestać na jednym zakupie. W dziale językowym empiku  jest tyle ciekawych rzeczy. Na szczęście rozmówki polsko – tajskie były za cienkie i miały za drobny druk (a podręcznik rozgrzebany leży w kącie od kilku lat).  Ale książeczka do nauki tureckiego krzyczała: „Kup mnie! ” No to co miałam zrobić? Szanujący się orientalista bez znajomości tureckiego? To już sto lat temu nie uchodziło. Na studiach miałam fantastyczne zajęcia z perskiego (tłumaczyliśmy na perski nawet legendę o Smoku Wawelskim i dowcipy).  A na turecki nie zajrzałam nigdy.  Dlaczego? Przecież nieodżałowany Ciopek (profesor Jan Ciopinski http://www2.filg.uj.edu.pl/ifo/turkologia/Teksty/JC_wspomnienie.pdf ) tak ładnie zachęcał przy każdej okazji do nauki tego języka. No cóż, błędy młodości.  Niektóre błędy można jednak poprawić.  A turecki jest bardzo ciekawym językiem.  Tylko ta tajemnicza aglutynacja… Podobno to nic strasznego. Polska fleksja ponoć jest gorsza dla uczących się polskiego Turków (i nie tylko).  A aglutynacja polega na tym, że cząstki dołączane do  – za przeproszeniem – morfemu rdzennego mają jedną funkcję (np. wskazują liczbę). Przy fleksji jest ich więcej. Przykład: domów . W polskim końcówka –ów koduje równocześnie liczbę mnogą i dopełniacz. w tureckim ev = dom,  evler = domy (ler – liczba mnoga), evlerin = domów  (in – dopełniacz).  Jak mówił prof. Ciopiński, w tureckim słowa składa się jak szaszłyczki. Proste. No to jedziemy!

 

P.S. A może ktoś poda bardzo rzadki przykład aglutynacji w języku polskim?

 

Znaki, wróżby…

Co się dzieje, kiedy człowiek wymęczony niechcianym zleceniem dla wymiaru sprawiedliwości (tłumaczenie różnych dziwnych rzeczy tym razem na arabski) wreszcie chce trochę odpocząć psychicznie? Ano, nogi same niosą nieco odklejonego od realu człowieka do osiedlowej biblioteki. Wiadomo, kilka tysięcy książek w domu to za mało, trzeba nałogowo wypożyczać wciąż nowe. Z wiekiem ten nałóg się nasila, zapewne z powodu niedosytu.
Lekko zmącony wzrok pada na oddane przed chwilą tomiszcza, które nie zdążyły wrócić na półkę: lwowska trylogia Krajewskiego. O rany! Tej środkowej części przecież nie czytałam, trzeba brać.
Zadowolona z tego, że troszkę sobie odpłynę, sięgam w domu po „Liczby Charona” i czytam… No tak, akcja zaczyna się w Norwegii. Mogłam się tego spodziewać. Pojawia się nawet matematyk z Wrocławia, który nauczył się norweskiego. Sygnały aż nadto czytelne 🙂 To między innymi zapowiedź korków z matmy, które będę dawać we Wrocku pewnie bliżej wiosny, jak się do mnie zgłoszą spałowani na półrocze uczniowie. Tymczasem trzeba pilnie wracać do norweskiego, bo zrobiłam już za długą przerwę, o czym właśnie przypomniały mi nowe znaki. Kolejne podejście zacznę od innej strony, tym razem spróbuję przetłumaczyć przynajmniej kawałek piosenki. Akurat chodzi za mną taka jedna smutna, w sam raz na noc z początku listopada.

Wiem, że to bezczelność, tak brać się za tłumaczenie zaledwie po paru dniach nauki… Najwyżej ktoś wyśmieje moje błędy. A ja się przy okazji czegoś nauczę, jak będę je poprawiać. Każdy sposób jest dobry, zwłaszcza gdy człowiek uczy się z doskoku i nie ma szans na systematyczną pracę.
No to jedziemy. Najpierw tekst oryginalny:

Så lenge jeg lever
Skal du også leve
Inni mitt hjerte
Inni mitt sinn
Så lenge jeg minnes
Skal du også finnes
Hos meg med alt det som gjorde
at jeg kalte deg
min

Hvordan skal jeg komme over dette fjell av sorg
Som nå stenger veien min
Hvordan skal jeg klare å komme videre
Når mitt indre ligger i ruin
Ingenting har vært så vondt som det å miste deg
Bare en ting står helt klart for meg

Så lenge jeg lever..

Hvem kan ro meg over dette har av savn
Som forsvinner i en horisont
Finnes det et land med mening framme der et sted
Hvor alt ikke bare føles vondt
Nå som du er borte føles allting meningsløst
Bare en ting gir meg trøst

Så lenge jeg lever..

Mam nadzieję, że dobrze przepisałam (z tekstu, bo ze słuchu nie miałabym najmniejszych szans – za bardzo wymowa różni się od tego, co wiem o pisowni norweskiej). Melodia wpada w ucho, już ją znam. Teraz tylko zrozumieć i zapamiętać tekst. I chwalić się, że po norwesku też śpiewam.
Jeśli uda mi się to dobrze przetłumaczyć, będzie to oznaczało, że rozumiem tekst. Nie wszyscy wiedzą, że w drugą stronę to nie zawsze działa. Można przecież świetnie znać obcy język – nawet w nim myśleć – ale nie umieć tłumaczyć, bo to są zupełnie różne umiejętności.

Så lenge jeg lever
Skal du også leve
Inni mitt hjerte
Inni mitt sinn

Dopóki żyję
Ty też będziesz żyć
W moim sercu
W moich myślach

Na razie jest łatwo, bo mam skojarzenia przynajmniej z czterech podobnych i podobnie zbudowanych języków. Obym się gdzies po drodze nie nacięła na false friends!

Så lenge jeg minnes
Skal du også finnes
Hos meg med alt det som gjorde
at jeg kalte deg
min

Dopóki pamiętam
Ty też bedziesz trwać
Ze mną we wszystkim, co robiłem,
Gdy byłaś moja.

Nie jestem pewna ostatniej frazy, a dalej będzie jezcze trudniej. Idę spać – może reszta mi się przyśni. Dokończę później.
W koncu to tylko brudnopis…

Śpiewająco na egzaminy

O czym tu dziś napisać? Tematów mi nie brakuje. Ostatnio ich jeszcze przybywa. I to kusi, i to nęci… Norweski – nowość, jidysz – odświeżany po latach. Niedawny – bardzo ciekawy – gość tego bloga przypomniał mi moją dawną fascynację językami południowoarabskimi. Na studiach miałam zajęcia również z takich języków. Śmieszyła mnie, podobnie jak innych studentów i wykładowcę, którym oczywiście był profesor Zaborski (bo któżby inny?) nazwa wysp: Kuria Muria, gdzie mówiono takimi dialektami. A tu znienacka zagląda do mojego bloga człowiek, który pojechał sobie na sąsiednią Sokotrę i bada tamtejszy język. I jeszcze wrzuca spisane przez siebie teksty do internetu: http://vagafonov.wordpress.com/2014/08/02/how-is-a-real-folk-tale-of-socotra-looking-like/ Ech, poczytałoby się tego więcej!

A’ propos studiów orientalistycznych…

Eurythmics – Miracle Of Love
Wieczorne piwko i powyższa piosenka przywołały wspomnienia sprzed prawie ćwierć wieku. Właśnie wtedy zaczęłam studia orientalistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie było łatwo się dostać. Trzeba było zdać pięć trudnych egzaminów (nie licząc rozmowy kwalifikacyjnej, która też nie była kaszką z mleczkiem). Oprócz gramatyki polskiej ustnie, trzeba było zdać dwa języki obce pisemnie i ustnie. Wybór raczej nie był nieograniczony, bo zdawałabym w takiej sytuacji hebrajski 🙂 Wtedy jeszcze nieźle pamiętałam łacinę, ale trudno mi było wyobrazić sobie ustny egzamin, więc padło na angielski jako drugi język (moim pierwszym był wtedy bezapelacyjnie rosyjski). Ale jak tu się uczyć? Materiałów prawie nie miałam, Internet wtedy w Polsce raczkował, czasu było niewiele, bo na te studia zdecydowałam się prawie w ostatniej chwili. na szczeście już wcześniej nagrywałam sobie na kasety magnetofonowe (było coś takiego :D) rozmaite piosenki. No i rzuciłam się na piosenki po angielsku i – dawaj – spisywać teksty ze słuchu. Pamiętam, jak się denerwowałam, że z tej piosenki Annie Lennox nie udało mi się wszystkiego zrozumieć. Ale to było świetne ćwiczenie, bo tych piosenek miałam sporo. Dzięki tej niekonwencjonalnej metodzie nauki do egzaminów (odpuściłam sobie powtórki gramatyczne, a podręczników nie tykałam nawet długim kijem) poszłam na obie części wyluzowana i całkiem ładnie mi poszło. Od tego czasu bardzo poważnie traktuję naukę piosenek, zwłaszcza że zauważyłam, że – jakimś dziwnym przypadkiem – wyrażenia, które z nich zapamiętałam, bardzo szybko przydają się w konkretnych sytuacjach. Ale o metafizycznych przypadkach napiszę w dalszej przyszłości.