Chińskie karteczki

Niestety, słownik frekwencyjny języka polskiego nie okazał się aż tak ciekawą lekturą , jak niecnie podejrzewałam.  Lista stu najczęściej używanych słów jest grzeczna i poprawna, bez przekleństw.  Zdziwiło mnie jedynie to, że na pierwszym miejscu znalazło się, skądinąd kłopotliwe, słowo „się”, a nie „ja” – jak  na przykład w norweskim.

A tymczasem tydzień z okładem minął, a ochota na norweski jeszcze mi nie przeszła. Sprawiłam sobie nawet porządny tradycyjny zeszyt.  Już 50 najczęściej używanych słów spisałam i znam.  Oczywiście, zapisuję sobie też całe zdania, trochę z lekcji z youtube, trochę z tego podręcznika: http://capellamedia.ipapercms.dk/Fagbokforlaget/FagbokforlagetU/NyiNorgeTekstbokNy/

Ale kuszą mnie też mniej konwencjonalne metody, zwłaszcza że niektóre sprawdziłam już przy okazji nauki innych języków. Najmilej kojarzą mi się poczciwe „chińskie karteczki”, bo dzięki nim udało mi się zapamiętać sporo słów, które nijak nie wchodziły mi do głowy. Sposób ten pokazał mi na studiach arabistycznych kolega z Kazachstanu (też poliglota 🙂 ). Podobno tak właśnie uczył się chińskiego. Stąd nazwa tej pomocy naukowej.

Jak to się robi? Na małych karteczkach zapisujemy słówka lub wyrażenia: po jednej stronie w języku, którego się aktualnie uczymy, po drugiej – najczęściej w ojczystym, żeby nie komplikować (o uczeniu się języka obcego przez inny obcy będzie innym razem).  Od jakiegoś czasu można kupić gotowe fiszki (o zgrozo, wczoraj widziałam w popularnym supermarkecie nawet „e-fiszki”!) , ale to nie to samo co własnoręcznie wykonane chińskie karteczki.  Poza tym nie widziałam nigdzie fiszek ze słówkami hebrajskimi, arabskimi, perskimi, czy w jidysz (a akurat słówek w tych językach uczyłam się dzięki tym małym karteczkom).  Z gotowymi  fiszkami jest podobnie jak ze słownikami: nie ma tam słówek, które akurat są mi potrzebne, a pełno słówek, które już znam. Irytujące. A do tego własnoręczne sporządzenie takiej karteczki sprawia, że szybciej się zapamiętuje dane słówko. Ale niekoniecznie od razu.

Całkiem niedawno, bo w sierpniu,  robiłam sobie powtórkę po latach przerwy w nauce jidysz. Zaczęłam od czytania i przeglądania tego podręcznika: http://www.shevazucker.com/volume-2.html Okazało się, że sporo słów, zwłaszcza czasowników pochodzących z niemieckiego, już mi się myli. No to ciach!  Palce same sięgnęły po kartki i nożyczki.  Pies Pawłowa nawet po latach nie zapomniał odruchów. Od razu wpadłam w lekki trans…

Cztery kartki zwykłego papieru do drukarek składam na pół i ciach!  Każdą połówkę znowu na pół. I ciach! W sumie cztery razy. Z każdej kartki wyszło 16 małych karteczek. Dla mnie to jest optymalna wielkość.  Mniejsze wypadałyby z rąk i musiałabym pisać maczkiem. Na zbyt duże szkoda papieru i trzeba potem taszczyć nie tylko grube, ale i ciężkie pliki. No bo przecież nie po to robimy te karteczki, żeby sobie grzecznie leżały w domu i się kurzyły.

Trochę się tych słówek uzbierało. Już nie pamiętam, ile razy sięgałam po 4 kartki i składałam je na pół i jeszcze na pół… I potem spacerowałam sobie z tymi karteczkami na pocztę, do autobusu. Fajnie się poczułam w podróży: wszyscy dookoła powyciągali laptopy, a ja plik tajemniczych karteczek. I jeszcze odkładałam je po obejrzeniu z dwóch stron na jeden z dwóch stosików. Parę osób zerkało dyskretnie, ale nikt nie odważył się zapytać, według jakiego klucza to robię. A to akurat proste.

Skąd się wzięły dwa stosiki? Na początku był jeden. Karteczki zostały uporządkowane w taki sposób, że na górze były wyrazy w jidysz. Patrzyłam na nie i próbowałam przypomnieć sobie, co one znaczą.  Część wyrazów zapamiętałam już przy zapisywaniu ich na karteczkach, więc po pierwszym czytaniu powędrowały na stosik ze słówkami oswojonymi.  Reszta wracała do kupki trzymanej w rękach. Co jakiś czas ją tasowałam (żeby sobie nie wyrabiać skojarzeń sekwencji wyrazów). Pomalutku kupka zapamiętanych słówek rosła.  Gdy już przerosła tę pierwotną, zaczęłam się bawić jeszcze inaczej: gdy zapamiętywałam kolejne słowo, odkładałam karteczkę z nim na spód stosiku słówek już znanych i sprawdzałam pierwsze słówko z góry tego stosu. Pamiętam- wędruje na spód, zdążyłam je z powrotem zapomnieć – no to wraca do kupki z wyrazami do zapamiętania, a kupkę znowu tasuję. Jak mi się to znudzi, wymyślę inną zabawę. Na razie ta działa. Okazało się, że najdłużej opierają się zapamiętaniu wspomniane wcześniej czasowniki. Za to z rzeczownikami poszło mi nadspodziewanie gładko. Z jednym wyjątkiem: Nawet dziś nie mogę zapamiętać słowa: בראנפן [bronfn] – samogon (według słowniczka w podręczniku Magdaleny Sitarz, Wikipedia podaje, że to koniak). Ma ktoś pomysł na zapamiętanie takiego słówka?

Reklamy

6 myśli na temat “Chińskie karteczki

  1. Witam, jeśli chodzi o zapamiętanie wyrazu to:
    Gdzie i kiedy pije się samogon? Na Bron(ksie) F N(iedziele).

    Bardzo ciekawy blog! Sama skończyłam arabistykę krakowską. Proszę trzymać tak dalej, będę tu zaglądać 🙂 Pozdrawiam,
    Kasia B.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s